fbpx

Neoklasycyzm, czyli trzy dowody na to, że najlepsze restomody bazują na autach z Włoch (…a czwarty jest z Polski!)

Restomody to obecnie jeden z najgorętszych trendów w motoryzacji. Polega on na modyfikowaniu starszych aut poprzez wzbogacenie ich o zdobycze współczesnej techniki: multimedia z CarPlayem albo skuteczniejsze hamulce. Moda ta dosięgnęła również klasyków z Włoch. Efekty są dokładnie tak dobre jak sobie wyobrażacie.

Znane powiedzenie przestrzega, by lepiej nie poznawać swoich idoli z dzieciństwa. W osobistej konfrontacji okażą się wcale nie tacy młodzi, piękni i zachwycający jacy zostali w naszej pamięci. Ta zasada dotyczy niestety również samochodów.

Miałem kiedyś okazję przejechać się kawałek Lamborghini Countachem i było to bolesne doświadczenie. Pozycja za kierownicą w tym legendarnym aucie była absurdalnie zła, a już samo ruszenie i wyjechanie z parkingu było dla mnie wyczerpującym zadaniem: w wartym majątek superaucie próżno szukać wspomagania przy mocowaniu się z pedałem sprzęgła, o zaskakująco małej kierownicy nie wspominając.

Auta niemieckie z tamtego okresu wcale nie były lepsze: Porsche 930 Turbo już za czasów swojej rynkowej kariery za sprawą nieprzewidywalnego prowadzenia dorobiło się statusu widow-maker, co po polsku trochę niezgrabnie można przetłumaczyć jako „twórcę wdów”. Inna sprawa, że dzisiaj pierwszy lepszy nowy hot-hatch jest od niego szybszy. Trzeba to przyznać wprost: kultowymi autami można się poważnie rozczarować.

Istnieje jednak sposób, by Twój wymarzony klasyk nie sprawił Ci takiej przykrości. O to dbają producenci restomodów, czyli pożądanych aut zabytkowych odnowionych w taki sposób, by można w nich było liczyć na wygody współczesnych modeli, nieporównywalnie lepsze wykonanie kabiny albo znacząco poprawione osiągi. Wystarczające, by Twojego niskiego, głośnego zabytku za fortunę nie wyprzedził już spod świateł podrasowany VW Golf.

Moda na takie samochody zaczęła się rozkręcać na dobre w środowisku właścicieli starszych Porsche w Kalifornii (jakiś wpływ mogły mieć żony, które nie chciały zostać wdowami…). Szybko okazało się jednak, że Kalifornijczycy wpadli na coś genialnego – coś, co chcieliby powtórzyć, już według własnego przepisu, Amerykanie z innych stanów, Brytyjczycy, Japończycy, Niemcy czy Francuzi. Aż w końcu moda ta dotarła do motoryzacji włoskiej.

Połączenie tamtejszej wrażliwości na estetykę i historię ze zdobyczami współczesnej techniki przyniosło szczególnie ciekawe efekty. Prezentuję je na przykładach, które powstały we Włoszech, albo chociaż w ciekawy sposób interpretują powstałe tam samochody, bo nowego życia doczekały się na przykład… w Polsce.

  1. Lancia Delta – Automobili Amos Futurista

Najlepszy według mnie włoski restomod powstał za sprawą Eugenio Amosa. Choć w 2018 roku, gdy jego nazwisko zadebiutowało w przemyśle motoryzacyjnym miał on zaledwie 33 lata, to był on już na tyle dojrzały, by obserwować upadek jego ukochanej Lancii i wiedzieć jak zmaterializować rozpropagowane przez niego hasło #makelanciagreatagain. Fortuna odziedziczona po bogatym włoskim rodzie na pewno też nie zaszkodziła w realizacji tego celu.

Efektem jego pracy jest Lancia Delta Ostateczna. Z jednej strony jest ona bardzo wierna koncepcji oryginału. Z drugiej jednak ma karoserię z włókna węglowego, a w środku nowoczesne przyciski i kubełki Recaro, które tylko udają oryginały z lat 80. Nie ma tu tylnych drzwi. Cały układ napędowy został wzmocniony i uodporniony na awarie, a moc podniesiona do zdrowych 330 KM. Powinno to wystarczyć do sprawnej jazdy, jako że ten jeden raz nowy samochód jest lżejszy od historycznego poprzednika: przy wadze 1250 kg przebija go o 90 kg.

To co mi się szczególnie podoba w tym projekcie to fakt, że nie jest on wynikiem biznesowego wyrachowania, tylko beztroskiej pasji i włoskiej dumy. Futurista zbiera wszystko to, co jest najlepszego we włoskim przemyśle motoryzacyjnym, a tych światowej klasy poddostawców dalej jest tam cała masa. Nowe hamulce dostarcza Brembo, a za elektronikę odpowiedzialne jest Magnetti Marelli. Projekt auta powstał w Mediolanie, a mechanika w Turynie. Wszystkie z tych miejsc są niedaleko od domu Amosa w Arese.

Wspólnymi siłami tych włoskich firm powstaje obecnie dokładnie 20 takich samochodów. Wszystkie zostały już wyprzedane pomimo ceny na poziomie 350 tys. euro (+ koszt auta bazowego). Ale nie przegapiłeś jeszcze swojej szansy: Eugenio się dopiero rozkręca i niedawno ogłosił, że zbuduje jeszcze kolejnych 10 egzemplarzy rajdowej ewolucji o nazwie Safarista. Ta jednak będzie niestety jeszcze droższa od oryginalnych egzemplarzy Lancii Delty.

  1. Alfa Romeo Giulia Sprint 105 – Alfaholics GTA-R 300

W Alfaholics pracują – jak sama nazwa wskazuje – prawdziwi Alfaholicy. Niewielki warsztat z Bristolu stał się znany na cały świat za sprawą swoich renowacji Alfy Romeo serii 105. Z czasem rozwinęli swoją wąską specjalizację i już kilkanaście lat temu zajęli się tworzeniem tego, co dzisiaj znamy jako restomody.

Ich projekty zaczęły przybierać coraz bardziej radykalną formę i ostatecznie dotarły do formy modelu oznaczonego jako GTA-R 300. Za liczbą tą kryje się stosunek mocy do masy, czyli 300 KM na tonę auta. Na wynik ten składa się unowocześniony i rozwiercony do pojemności 2,3 litra silnik Twin Spark, który przy zdrowych 7000 obr./min generuje 240 KM.

Skoro 240 KM, to znaczy że waga musi być niska. Rzeczywiście taka jest: wynosi aż trudne do uwierzenia 780 kg, co stanowi poprawę o kilkadziesiąt kilo wobec oryginału. Oszczędność tę udało się uzyskać za sprawą wyczynowej konstrukcji nadwozia, które teraz wykonano w całości z włókna węglowego, oraz wykutego z tytanu autorskiego zawieszenia Brytyjczyków. Przypatrzcie się dobrze: tak wygląda mokry sen Alfaholików.

  1. Ferrari Testarossa – Officine Fioravanti Testarossa Monospecchio

Patrząc na powyższe kreacje można zadać pytanie, czy moda na restomody nie zaszła za daleko. Jeśli należycie do grona powątpiewających w zasadność tak ekstremalnych modyfikacji, to na koniec mam dla Was propozycję, która idealnie wyważa poszanowanie dla tradycji i wykorzystanie współczesnych podzespołów.

Z zewnątrz wygląda jak oryginalna Testarossa we wczesnej formie, jeszcze z jednym lusterkiem zawieszonym na słupku A (stąd oznaczenie Monospecchio). Również rzut oka pod maskę, a nawet do kabiny nie powinien jeszcze wzbudzić podejrzeń nawet wnikliwego historyka motoryzacji (bo w końcu nie dostrzeże on od razu ciut większych kół). A jednak przygotowana przez szwajcarski warsztat Officine Fioravanti maszyna wykorzystuje topowej klasy innowacje by uzyskać osiągi lepsze od Ferrari F40!

Robi to bez pomocy włókna węglowego (założyciel firmy Tusco Cavalli zauważa, że w czasach Testarossy nie było ono jeszcze wykorzystywane w takim zakresie) czy turbodoładowania. I bez tego twórcom tego restomoda udało się obniżyć wagę auta o całe 130 kilo, a oryginalny silnik typoszeregu F113, czyli wolnossące V12 o kącie rozwarcia 180 stopni i pojemności skokowej pięciu litrów zyskał tyle nowych wnętrzności, że jego moc została podniesiona z 390 do aż 510 KM.

Równie ważne jest to, JAK te liczby dostarcza: kręci się przy tym zażarcie aż do 9000 obr./min, zapewne wydając przy tym dźwięki dochodzące z motoryzacyjnych niebios, jako że spaliny odprowadzane są przez nowy układ wydechowy wykonany z superstopu o nazwie Inconel. I Testarossa z Officine Fioravanti będzie tak robić aż do dobicia do prędkości maksymalnej, która już została zmierzona na poziomie 320 km/h.

By zachować przy takich szybkościach większą kontrolę niż w przeciętnym czterdziestoletnim zabytku, listę zmian dopełnia współczesne zawieszenie opracowane do tego modelu przez bardzo cenioną firmę Öhlins, regulowane stabilizatory przygotowane już przez samych twórców restomoda, hamulce Brembo, oraz zaczerpnięty z motorsportu system stabilizacji toru jazdy z aż dwunastoma stopniami ingerencji elektroniki.

Jeszcze ciekawsze modyfikacje kryją się w środku, gdzie pod oryginalnym krojem deski rozdzielczej przemycono lepsze materiały i nowe multimedia z Apple CarPlay oraz złączem USB-C. Dla pełnego efektu Sonny’ego Crocketta z Miami Vice można jeszcze złapać za słuchawkę na przewodzie z lat 80. podłączoną do Twojego smartfona przez Bluetooth… Tylko sobie wyobraźcie – taka scena to chyba najlepsza rekomendacja dla restomodów!

Bonus: Fiat 126p dla Toma Hanksa od Carlex Design

Różne są drogi prowadzące do powstania restomodów. Niektóre zaczynają się od mema. Gdy jesienią 2016 roku Tom Hanks wrzucił zdjęcie ze swojego pobytu w Budapeszcie, gdzie zapozował z poczciwym Maluchem i dodał do niego żartobliwy podpis „Moja nowa fura”, nie mógł przypuszczać, co się stanie dalej.

Grupa Bielszczan zachwyciła się faktem, że Hollywoodzka gwiazda doceniła autko wyprodukowane w ich stronach i zorganizowała zrzutkę, w wyniku której egzemplarz Fiacika został popisowo odrestaurowany przez zlokalizowaną pod Bielskiem, a dziś znaną już na całym świecie firmę Carlex Design. Ukończony projekt do Los Angeles dostarczyły PLL Lot.

Hanks najpierw w ramach podziękowań za akcję hojnie zasilił budżet bielskiego szpitala, a w 2022 roku sprzedał wybudowany, a następnie odrestaurowany na Śląsku wozik za kwotę 83 500 dolarów, którą przekazał na rzecz amerykańskiej fundacji wspierających weteranów wojennych. Jak się okazuje nie tylko Fiat 126p miał swój Happy End.

czytaj także

Samochody
Sklep
Kontakt
Menu