27 stycznia 2018

Le Mans: 141 okrążeń Kuby

Start w legendarnym wyścigu 24H Le Mans to przywilej zarezerwowany dla nielicznych. Po raz pierwszy w przeszło 90-letniej historii tych zawodów do tego grona dołączył kierowca z Polski. Kuba Giermaziak przed startem opowiedział, jak mu się to udało i dlaczego wybrał na ten wyścig Ferrari 458 Italia.

Artykuł ukazał się w 1. numerze magazynu "La Squadra". Fotografie: Paweł Kucharski

24H Le Mans to szczyt marzeń kierowcy wyścigowego?
Myślę, że tak. Przynajmniej jeśli chodzi o samochody klasy GT, to na pewno najbardziej prestiżowy wyścig na świecie. 24h Le Mans to prawie 800 mln kibiców na całym świecie, imponująca historia i prestiż. Magia tego miejsca sprawia, że wszyscy kierowcy, nawet ci z F1, bardzo chcą w nim wystartować. Z tego też powodu właśnie w weekend 24h Le Mans nie odbywają się żadne inne wyścigi, aby każdemu dać szansę startu właśnie tutaj.

Jak wyglądała Twoja droga do Le Mans?
Nie ukrywam, że moja droga do tego miejsca była bardzo długa, kosztowała mnóstwo pracy i czasu. 24h Le Mans jednak zawsze było moim marzeniem i bardzo się cieszę, że wreszcie udało się je spełnić. Nie ma możliwości wystartowania w Le Mans bez olbrzymiego budżetu oraz bez dużego doświadczenia w innych wyścigach długodystansowych. Od zawsze jest mnóstwo zainteresowanych, a miejsc bardzo mało. Dlatego najpierw trzeba wystartować w paru innych wyścigach, tak jak w moim przypadku Daytona, Zolder, Sebring 24h czy Petit Le Mans w Stanach Zjednoczonych. To jest w pewnym sensie przedsionek i przygotowanie do dużego Le Mans. Tylko w ten sposób można wykazać się doświadczeniem, odpowiednimi wynikami, a przede wszystkim dobrą statystyką dojeżdżania do mety, bo to jest najistotniejsze w wyścigach 24-godzinnych. Dopiero mając taką historię, można się postarać, aby dostać propozycję startu i zacząć rozmowy. Gdybyśmy bez tego wszystkiego chcieli po prostu pojechać od razu 24h Le Mans, to na pewno zostalibyśmy poproszeni o przyniesienie worka pieniędzy.

Czy zabiegałeś o to, żeby dostać się do tego wyścigu, czy zadzwoniono do Ciebie?
Nie ukrywam, że razem z Damianem Raciniewskim – moim menedżerem – zabiegaliśmy o to bardzo mocno. Na bieżąco dawaliśmy o sobie znać, wysyłaliśmy wyniki, żeby zespoły o nas wiedziały i miały na uwadze. Chętnych kierowców, takich, którzy pukają i tupią nogami, jest mnóstwo. Dlatego drogę do 24h Le Mans – mówiąc kolokwialnie – trzeba sobie wychodzić. Bez względu na wyniki bardzo rzadko zdarza się, by zespół sam zadzwonił i powiedział: „Akurat ciebie chcemy”, ponieważ ma w kolejce dziesięciu innych, którzy mają może trochę gorsze wyniki, ale przynoszą duży budżet. Trzeba więc informować o sobie i swoich wynikach. Trzeba także jak najlepiej jeździć, bo wszystkie zespoły na to patrzą, oceniają średnie czasy okrążeń, czy i jakie kierowca popełnia błędy, czy dostaje kary. Dosłownie wszystko jest analizowane i brane pod uwagę podczas doboru kierowców.

Dlaczego Ferrari i ten zespół? To jest chyba pytanie, które wszystkim cisnęło się na usta po tym, jak przyszła informacja, że będziesz ścigał się w Ferrari 458 Italia.
Wszyscy może trochę się zdziwili. Z jednej strony – powiem tak na przekór – chcę udowodnić, że nie jestem tylko kierowcą Porsche, bo od wielu lat jestem kojarzony właśnie z tą marką. Z drugiej strony Michael Avenatti, jeden z trzech kierowców, którzy razem ze mną startują tym samym autem, podjął rozmowy z zespołem JMW Motorsport. To ekipa z Wielkiej Brytanii, która startowała już kilkakrotnie w Le Mans i ma ogromne doświadczenie, jeśli chodzi o starty z Ferrari, bo ściga się modelami tej marki od 2010 r.

Czy kategoria, w której startujesz – Am (Amateurs) – została przez Was wybrana z uwagi na to, że to Twój pierwszy start w 24h Le Mans?
Z jednej strony tak, z drugiej – bardzo mało kierowców przechodzi od razu od zera do kategorii Pro. Nie jest to aż takie proste. Mieliśmy też propozycję z LMP2, ale tam dużo większe znaczenie ma sprzęt i szczęście, bo jednak w LMP2 awaryjność aut jest dużo większa niż w GTE. Mieliśmy najlepszą propozycję właśnie z tej kategorii, a naszym celem w tym roku jest przede wszystkim dojechać bezproblemowo do mety i uzyskać dobry wynik.

To jest Twój pierwszy kontakt z wyścigowym Ferrari?
Tak. Mieliśmy dwudniowe testy na torze Paul Ricard, ale to było kilka miesięcy temu. Potem drugi raz zasiadłem za kierownicą Ferrari już tutaj, na oficjalnych testach przed 24h Le Mans.

Jakie są największe różnice w stosunku do Porsche?
Przede wszystkim Ferrari, którym startujemy, to samochód klasy GT2. W Porsche Supercup nie jest najważniejsze to, by auto było jak najszybsze, tylko by wszystkie samochody były sobie równe. W 24h Le Mans liczą się jednak osiągi, stąd samochody klasy GT2 są budowane według zupełnie innej specyfikacji, ale też koszty ich utrzymania są dużo większe niż modeli pucharowych. Ferrari 458 Italia ma silnik umieszczony centralnie i dzięki temu według mnie jest dużo łatwiejsze w prowadzeniu niż Porsche. Jest doskonale zbalansowane przede wszystkim na szybkich zakrętach – w nich Ferrari jedzie się łatwiej, przyjemniej, szybciej. Dysponuje też większą siłą docisku i czuć, że jest to auto stworzone do ścigania długodystansowego, czyli jest przyjazne kierowcy.

Co postrzegasz jako największe wyzwanie w tym wyścigu?
To jest mój pierwszy start w 24h Le Mans. Wprawdzie trzykrotnie jechałem już w Daytonie, jechałem w Zolder 24h, które wygrałem, trzykrotnie jechałem też Sebring 12h. Tak że tych dłuższych wyścigów mam już kilka za sobą, ale w tym przypadku największym wyzwaniem jest to, że nie znam toru. Jest on bardzo długi. Do tego dochodzi pogoda, która w Le Mans potrafi zmieniać się bardzo szybko. To utrudnia planowanie i czyni wyścig mniej przewidywalnym.

Którą część wyścigu uważasz za kluczową? Wiadomo, że w ciągu tych 24 godzin trzeba rozłożyć siły. To trochę tak jak z maratonem, niektórzy „mają ścianę” na 40. kilometrze, a inni mówią, że najgorzej biegnie się początek.
Szczerze mówiąc, najtrudniejszy jest zawsze poranek i końcówka. Poranek, dlatego że dopada nas największe zmęczenie, końcówka, dlatego że walczymy o pozycję. Początek jedziemy w pewnym sensie na przetrwanie i dajemy z siebie 80 proc. Jednocześnie od początku trzeba jechać tak, jak byśmy jechali ostatnią godzinę – mam tutaj na myśli sposób traktowania samochodu, czyli dbamy o niego nieustannie, żeby dojechał w jednym kawałku. Poranek jest trudny, ponieważ na zmęczenie nakłada się wschodzące słońce, które bardzo mocno nas razi. Na końcówce, jeśli jest dobra pozycja, to ostatnie cztery godziny są jak wyścig Porsche Supercup – czyli jedziemy jak w kwalifikacjach i staramy się o jak najlepszy wynik.

Zespół JMW Motorsport ukończył zawody na 7. miejscu w klasie GTE-Am. Polski kierowca notował najlepsze czasy z tej trójki, dlatego za kierownicą spędził najwięcej czasu – aż 10 godzin i pokonał w tym czasie 141 okrążeń toru.

Podziel się: