31 stycznia 2018

@warsawdrive: Kolekcjoner

Jego instagramowy profil śledzi ponad 20 tys. fanów, ale woli pozostać ukryty za swoim nickiem. @warsawdrive zbiera wyjątkowe samochody nie tylko na fotografiach – w jego garażu stoi imponująca kolekcja, w której skład wchodzą m.in. Ferrari Testarossa i Ferrari California 30.

Artykuł ukazał się w 3. numerze magazynu "La Squadra". Rozmawiał: Andrzej Cieplik. Fotografie: Tomasz Mąkolski/MAKATA

Jak narodziła się Twoja motoryzacyjna pasja?

Myślę, że zaczęło się tak jak u wszystkich. Pamiętam z dzieciństwa Opla Senatora naszego sąsiada z bloku. Pod jego maską pracował 3-litrowy silnik, który miał 10 razy tyle koni, co nasz maluch. To mocno działało na wyobraźnię. Do tego, jak każdy dzieciak, oglądałem „Miami Vice” i „Magnum”, a w pokoju na ścianie wisiał plakat z Ferrari. Jak każdy marzyłem o posiadaniu takiego supersamochodu. Od początku wiedziałem, że moje życie będzie podporządkowane realizacji tych marzeń.

Jaki był pierwszy krok w tym kierunku?

Fiat 126p BIS. Silnik bokiem. Kiepskie smarowanie. Uszczelka pod głowicą do wymiany co 5 tys. kilometrów. Nowa głowica co 10 tys. km… (śmiech).

Kiedy pojawiła się pierwsza realna myśl dotycząca kupna Ferrari?

Jakieś 15 sekund po tym, jak zobaczyłem Testarossę na żywo! Pojechałem z kolegą obejrzeć to auto raczej z ciekawości. Wydawało mi się, że ten samochód to trochę za duży kaliber dla mnie. Generalnie problem z samochodami Ferrari – starymi i nowymi – jest taki, że większość ludzi jest przekonana, że to za duży kaliber. Ale to się zmienia wraz z pojawianiem się kolejnych takich aut. Zakup pierwszego Ferrari to był całkowity spontan. Polowałem wtedy na Porsche 964 Turbo, ale porzuciłem ten plan, jak tylko zobaczyłem Testarossę.

Jak kupuje się taki samochód jak Ferrari Testarossa?

Z doświadczenia powiem, że dobre, kolekcjonerskie auta sprzedaje się poprzez pocztę pantoflową. Jeśli szukasz auta na projekt, zakładasz z góry większą renowację, to aukcje i portale są dla ciebie. Jeśli szukasz auta, które ma być w dobrym stanie, najpierw ustal, kto posiada takie auto i jaka jest opinia o nim. To jest punkt wyjścia.

Jak wyglądał ten zakup?

Krótko i rzeczowo. Auto stało w garażu jednego z szanowanych warszawskich kolekcjonerów. Jazda próbna odbyła się z małymi przygodami, ale ze względu na reputację poprzedniego właściciela transakcja była prawie natychmiastowa. Zrobiliśmy tylko drobny przegląd w serwisie przed zakupem.

Ten zakup to realizacja młodzieńczego marzenia czy może też inwestycja?

Jak już opowiadałem, sam zakup był spowodowany tylko i wyłącznie żądzą posiadania tego auta. Ale faktycznie – z czasem okazało się to również niezłą lokatą kapitału.

Czy masz plany rozbudowania kolekcji aut z Cavalino Rampante?

Tak. W sezonie letnim jeżdżę Ferrari California 30, które jest jednym z najlepszych samochodów do codziennego użytku o tej porze roku. Ale do kolekcji poluję jeszcze na jakąś rozsądną ofertę Ferrari 458 Speciale.

Testarossa to samochód marzeń, ale jak sprawdza się w zderzeniu z rzeczywistością i codziennym użytkowaniem?

Powiedzmy sobie szczerze: Ferrari Testarossa to nie jest typowy drivers car. W mojej opinii to auto znacznie lepiej wygląda, niż jeździ. Ze względu na charakterystyczny design całej konstrukcji auto jest dość trudne i toporne w użytkowaniu. Szczególnie jeśli odniesiemy je do konkurentów z tego okresu, które są autami znacznie praktyczniejszymi i przyjaźniejszymi. Widoczność zza kierownicy jest bardzo słaba, brak wspomagania też nie pomaga. Dużą uciążliwością jest również dość długi zwis przedni, który uniemożliwia zjazd do bardziej stromych garaży czy przejazd przez progi zwalniające. Ale przecież nie o praktyczność w tym samochodzie chodzi. Chodzi o klimat, o atmosferę, jaką Testarossa buduje na ulicy. Już schodząc do garażu, uśmiecham się do siebie na myśl, że zaraz ją zobaczę. I ten uśmiech nie znika do momentu odstawienia auta z powrotem na miejsce. Jest taki stereotyp, że Ferrari to marka, dzięki której ludzie próbują podkreślić swój status. I to u wielu osób budzi niechęć. Ale Ferrari Testarossa to jeden z niewielu supersamochodów na świecie, który wzbudza powszechną sympatię. Kiedyś na stacji benzynowej podszedł do mnie facet tankujący swoje nowiutkie Porsche 911 Turbo S i powiedział: „Gratuluje panu pieniędzy, stylu i odwagi”. Wow! W tym kraju nie słyszy się takich rzeczy na co dzień…

Jak wygląda codzienna eksploatacja klasyka?

W przypadku Testarossy w zasadzie nie trzeba żadnych specjalnych czynności. Poza tym, że co trzy lata trzeba wykonać duży, naprawdę kosztowny serwis. Ale jakaś szczególna awaryjność Ferrari z lat 90. to mit. Oczywiście nie chciałbym zapeszyć, ale dotychczas nie mam żadnych złych doświadczeń z tym samochodem.

Ale przecież nie o praktyczność chodzi. Chodzi o klimat, o atmosferę, jaką Testarossa buduje na ulicy. Już schodząc do garażu, uśmiecham się do siebie na myśl, że zaraz ją zobaczę. I ten uśmiech nie znika do momentu odstawienia auta z powrotem na miejsce.

Wybrałeś się Testarossą na jakieś dalsze trasy?

Co do zasady – żadnym z aut kolekcjonerskich nie opuszczam Warszawy. Jestem raczej z tych, którzy trzymają samochody pod kocem i robią tylko rundki po mieście.

Gdybyś miał wymienić wady klasycznych samochodów i tych współczesnych…

Zdecydowanie w starych samochodach brakuje wspomagania kierownicy i systemów parkowania. Poza tym nic bym nie zmienił. W obecnych autach najbardziej drażni mnie tempo rozładowywania akumulatora przy dłuższym postoju i pchanie wszędzie i do wszystkiego turbosprężarek. Silniki z turbo mają okropne brzmienie…

Jak zaczęła się Twoja przygoda jako @Warsawdrive?

Pewnego dnia, jadąc do pracy Astonem DB9, zorientowałem się, że na placu Trzech Krzyży ktoś robi mi zdjęcia. Na początku trochę mnie to zaniepokoiło. Bo dlaczego ktoś, kogo nie znam, fotografuje mnie bez powodu? Zacząłem szukać tych zdjęć w internecie i tak trafiłem na stronę najpopularniejszego polskiego carspottera – Tomka Żaronia (@Carlos). Z drugiej strony od dawna podziwiałem zdjęcia motoryzacyjne Pawła Skrzypczyńskiego (@Pesfoto), którego poznałem przy okazji różnych eventów motoryzacyjnych. Pomyślałem sobie, że nikt do tej pory nie połączył tych dwóch koncepcji, aby spróbować fotografii motoryzacyjnej z pogranicza fotografii reporterskiej i carspottingowej. Takie sesje z samochodami, ale nie aranżowane wcześniej, tylko fotografowane w naturalnym środowisku. Pomysł chwycił i stał się moim regularnym hobby. Ostatnio jednak proza życia zmusiła mnie do ograniczenia działalności w tym zakresie. Trudno też dostarczać wciąż świeżych pomysłów. Ale od czasu do czasu udaje mi się zmobilizować. To bardzo miłe, jeśli kilkadziesiąt tysięcy osób docenia to, co robisz, szczególnie jeśli jest to coś spoza twojej działalności zawodowej.

Podziel się: