21 czerwca 2021

Historia (nie)jednego zdjęcia

Zdjęcie Ferrari na włoskiej ulicy w latach 50. ubiegłego wieku stało się pretekstem do wystawy, którą we wrześniu 2019 r. można było podziwiać w galerii „La Squadra”. Ale twórczość Wojciecha Plewińskiego to o wiele więcej niż ta jedna klatka. O dziesiątkach lat fotograficznej pracy opowiedział nam sam autor.

Artykuł ukazał się w 8. numerze magazynu La Squadra. Tekst i fotografie: Andrzej Cieplik

Wojciech Plewiński to jeden z pionierów fotografii modowej w Polsce. To on odpowiadał za okładki magazynu „Przekrój“ w latach 50. i 60. XX w. Dziś za taką okładkę odpowiada czasem nawet 10-osobowy zespół, jednak wówczas Plewiński musiał sobie z tym poradzić sam. Sam szukał pomysłów, plenerów i przede wszystkim dziewczyn do sesji, często sam je stylizował czy poprawiał ułożenie włosów… Poza współpracą z „Przekrojem“ był też bardzo mocno zaangażowany w dokumentowanie życia krakowskich teatrów. W ciągu ponad 25 lat stworzył bezcenny zapis z przeszło 820 sztuk wystawianych w teatrach Starym, Słowackiego czy Ludowym, a także na innych polskich scenach. Jest też autorem prawdopodobnie najstarszego polskiego zdjęcia samochodu Ferrari. W rozmowie z „La Squadrą“ Wojciech Plewiński opowiada o motoryzacji, rewolucji w fotografii i o tym, że w wieku ponad 90 lat wcale nie trzeba myśleć o emeryturze.

Ferrari, czyli historia pewnego zdjęcia

W 1957 r. Plewiński wraz z grupą polskich fotografów pojechał do Włoch. Zwiedzając Udine, Wenecję, Bolonię, Florencję, Rzym, Neapol, Capri, Asyż, Perugię, Monte Cassino czy San Marino, dokumentował zwyczajne życie Włochów, rytm ich miast, ludzi i ich najbliższą okolicę.

Stałem na przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło, i nagle pojawiła się taka płaska ryba. Oczarował mnie ten samochód. W środku siedzieli panowie w kapeluszach. Chwilę później scenę uzupełnił rowerzysta z ciemnym zarostem i bagietkami. Zdążyłem zrobić tylko jedną klatkę. Niestety, uciąłem przód Ferrari, nie do końca zapanowałem nad tym kadrem. Potem zapomniałem o tym zdjęciu na wiele lat. Wtedy nawet nie wiedziałem, co to za samochód.

Uchwycone przez niego auto to Ferrari 250 GT Boano. Samochód ten zaprezentowano w 1956 r. Ferrari wyprodukowało około 60 egzemplarzy tego modelu, więc nawet we Włoszech trzeba było mieć sporo szczęścia, by spotkać jeden z nich na ulicy.

Teatr

W 1959 r., zastępując chorego kolegę, Plewiński zrobił zdjęcia w trakcie przedstawienia Teatrze Rapsodycznym. To nieco przypadkowe zdarzenie rozpoczęło jego długą, trwającą 60 lat przygodę z fotografowaniem sztuk teatralnych. Sfotografował ich 821 na terenie całej Polski – głównie w Krakowie i Warszawie.

Robiąc zdjęcia w teatrze, czułem się odpowiedzialny za narrację, opowieść o pewnej prawdzie, która działa się na deskach. To była dokumentacja pracy wielu ludzi – aktorów, scenografów, reżyserów… Ci ostatni bardzo różnie podchodzili do mojej pracy. Niektórzy nie byli nią specjalnie zainteresowani i było im z grubsza obojętne, co robię. Ale byli też tacy, którzy dość dokładnie omawiali ze mną to, jak chcą, by wyglądały zdjęcia z ich sztuki.

Moda

Największą sławę przyniosły Plewińskiemu „kociaki“. Młode, ładne dziewczyny uśmiechające się z okładek „Przekroju“ kontrastowały z oficjalną estetyką ówczesnej prasy. Na swoim koncie ma przeszło 500 okładek. Cotygodniowa praca przy tych sesjach nie była jednak taka łatwa.

Robienie okładek „Przekroju” to była sympatyczna robota. Ale to też nie było tak, że to działo się samo. Praca z dziewczyną, która nie była modelką, to często nie była łatwa rzecz. Do pozowania naprawdę trzeba mieć talent, kontrolę nad własnym ciałem, spojrzeniem. Może to zabrzmi źle, ale z czasem zauważyłem, że próżne dziewczyny, które lubią zerkać w lustro częściej niż inne, lepiej sprawdzały się przed obiektywem. One były wdzięczniejsze, szybciej łapały kontakt. Dziewczyny znajdowałem w miejscach ich codziennego przebywania (śmiech). Na stołówkach uniwersytetów, na przyjęciach, czasem trafiałem na kemping. Miałem też swoich informatorów, którzy dawali mi znać, żebym sprawdził np. drugi rok na wydziale fizyki. To było wszystko takie płynne, wszystko robiło się towarzysko… Lubiłem to. W teatrze miałem harówę, a to było trochę takie „łowiectwo“. Tych dziewczyn było sporo. Z niektórymi współpracowałem, a potem one robiły wielkie kariery.

Za najsłynniejszą modelkę Plewińskiego można chyba uznać Annę Dymną, wówczas nieznaną nikomu dziewczynę, zaczepioną na ulicy. Przed jego obiektywem stawały też: Barbara Kwiatkowska, Ewa Krzyżewska czy Beata Tyszkiewicz. Każda z nich zapewne i tak zrobiłaby karierę, ale pojawienie się na okładce „Przekroju“ na pewno im nie zaszkodziło.

Narzędzie, czyli o tym, że kiedyś było trudniej

Choć trudno to sobie dziś wyobrazić, w czasach PRL-u fotografia była nieco elitarnym zajęciem. Dostępność sprzętu i dobrej jakości materiałów – klisz, fotograficznej chemii czy papieru – była ograniczona.

Byliśmy skazani na to, co było na rynku i w zasięgu finansowym. Pierwszym aparatem, z którym związałem się na dłużej, był służbowy Pentacon Six. Nie był to wygodny aparat, na dodatek dość zawodny. Trzeba było się pilnować, żeby nie zniweczyć swojej pracy. Był z niego niezły drań – luzowała się taka śrubka, która przestawiała kąt lustra: ustawiałem ostrość na bliski plan, a on mi łapał ostrość na „nieskończoność”. Kiedyś cały spektakl zrobiłem w ten sposób. Idę potem do reżysera z wywołaną kliszą i mówię: „Mogiła, wszystko nieostre!”. Reżyser spojrzał i powiedział, że tego nie widzi. Upiekło mi się. Później pojawił się Hasselblad i to już był porządny sprzęt, zresztą służy mi do tej pory. Później była jeszcze małoobrazkowa Practica, ale jakoś nie polubiłem jej za bardzo. Zawsze używałem aparatów z wymienną optyką, Rolleiflexy to nie była moja bajka. O, bardzo lubiłem też Olympusa Mju! Służył mi wiele lat. A obecnie używam bezlusterkowca Fuji – na razie nim trenuję. Przyjemnie mi się nim pracuje.

Rewolucja, czyli o tym, jak zmieniała się technologia

Choć przez większość swojej kariery korzystał z aparatów analogowych, dziś Plewiński jest oczarowany możliwościami, jakie daje fotografia cyfrowa.

To coś wspaniałego. Niczego nie ujmuję całej historii i robieniu zdjęć na kliszach – sam niejednokrotnie wracam do tych starych patentów. Ale dzięki nowoczesnej technice w dzisiejszym świecie naprawdę można bardzo dużo i szybko zrobić. W dzisiejszych czasach młodzi ludzie mogą zdecydowanie szybciej budować świadomość obrazu. Już małe dziecko może wziąć do ręki aparat czy nawet telefon i uczyć się tego. Za moich czasów trudno było o dojrzałe podejście w młodym wieku. Dziś dzięki postępowi jest to możliwe. Kluczowe jest, by za tą wczesną świadomością szła też chęć zgłębienia tego obrazu i uporządkowania go, ale to już jest kwestia wrażliwości i nauki. Za to warsztat, czyli środek prowadzący do tego, jest w zasięgu ręki prawie każdego. I to jest niezwykła rewolucja!

Wskazówka

Choć dziś każdy może wziąć do ręki aparat, nie każdy zostanie fotografem. Dla tych, którzy chcą pracować z obrazem, Plewiński ma kilka rad.

W fotografii modowej trzeba umieć narzucić swoją wizję. A żeby ją narzucić – trzeba wcześniej ją mieć. Trzeba wiedzieć, co chce się osiągnąć. Nie można patrzeć na modelkę i podziwiać, że śliczna. To trzeba jeszcze pokazać. Podobnie jest w teatrze. Sceny dzieją się same, ale dzieją się w pewnej przestrzeni. To od fotografa zależy, jaki kawałek tej przestrzeni wytnie, by utrwalić go na kliszy. Ta zasada jest oczywiście ogólna – dotyczy właściwie każdego dokumentalisty czy reportażysty. Na fotografie ciąży spora odpowiedzialność, bo ze zdjęciami zwykle trudno dyskutować.

Motoryzacja, czyli o tym, że wszyscy kochamy samochody

Rozpoczynając rozmowę od Ferrari, nie można było porzucić wątku motoryzacji. Plewiński jako artysta miał do samochodów specyficzne podejście.

Fascynowała mnie nie tyle motoryzacja, ile forma sama w sobie. Kiedy pojawiał się nowy samochód, którego wcześniej nie widziałem, i miał w sobie jakiś ciekawy detal, potrafił mnie właśnie tym detalem oczarować. To było dla mnie zawsze prawdziwe przeżycie, ponieważ pasjonowałem się wzornictwem i to mi zostało do dziś. Moja aktywna przygoda z motoryzacją zaczęła się od motocykla Jawa. Później był skuter Lambretta. Były one wówczas sprowadzane na Śląsk dla pracujących tam górników. Dla wielu osób to nie był motocykl, tylko „coś małego na śmiesznych kółkach”, więc te skutery często kończyły nieużywane w magazynach. Później bardzo chciałem mieć garbusa, ale nie udało mi się go kupić, za to przypadek sprawił, że nabyłem Opla Rekorda. Był miękki, wygodny, ale strasznie mi się nie podobał. Sprzedałem go potem krakowskiemu taksówkarzowi i w kolejnych latach machaliśmy do siebie, spotykając się na skrzyżowaniach. Leopold Tyrmand, z którym czasem miałem okazję pracować przy moich sesjach do „Przekroju”, miał bardzo podobnego Rekorda, tyle że dwa lata młodszego, co oczywiście czasem mi z uśmiechem wypominał. Praca dla „Przekroju“ i legitymacja prasowa niosły pewne przywileje – co kilka lat dostawałem przydział na takie auta jak Wartburg czy Skoda, ale żadne z nich mnie nie oczarowało.

Emerytura? Jaka emerytura?

Wojciech Plewiński w sierpniu skończy 91 lat. Od ponad 60 lat nieustannie robi reportaże, fotografuje ludzi, miasta i oczywiście przedstawienia teatralne. Mimo to nie zamierza zwalniać.

Póki jeszcze mogę, będę robił zdjęcia, choć dziś trochę mniej fotografuję. Ale to dobrze, bo dzięki temu mam czas, by wracać do starszych rzeczy – klisz, negatywów. Bardzo mi w tym pomaga mój syn. Powstały z tego wystawy i cieszę się, że ludzie chcą to oglądać, że się interesują. Choć ja wcale nie jestem przekonany, że bardzo dobrze fotografuję, jestem wobec siebie bardzo krytyczny. Ale trzeba robić, trzeba trafiać w swoje możliwości. Wczoraj odebrałem telefon z redakcji „Przekroju”. Złożono mi propozycję zrobienia zdjęcia na okładkę numeru jesiennego. Zaczynam już to sobie powoli w głowie układać…

Podziel się: